Pomocnik Różności Życie

Zabawa z językiem mówionym

Do Anglii wyjechaliśmy z żoną już dobre kilka lat temu. Ja zaraz po magisterce, ona zaraz po licencjacie, czyli po zakończonej edukacji w kraju. Nie będę wam opowiadał o tym, jak to niefajnie jest, że niby mamy takie a takie studia i nie pracujemy w swoim zawodzie. Powiodło nam się patrząc z perspektywy czasu całkiem nieźle i naprawdę nie możemy narzekać. Początki jednak były dość śmieszne, ponieważ oboje byliśmy ogólnie rzecz biorąc prymusami. Nigdy nie mieliśmy problemów w szkole, radziliśmy sobie ze wszystkim, ale język to była zupełnie inna para kaloszy.

Na początku nie było najmniejszych problemów, bo przyjechaliśmy w miejsce pełne Polaków i Litwinów. W zasadzie angielski potrzebny był nam w sposób bierny, czyli pooglądać telewizję, przeczytać jakiś napis, usłyszeć jakieś gadanie gdzieś czy skądś. Pierwsza ciężka przeprawa spotkała nas w tamtejszym urzędzie pracy, gdzie trzeba się było zarejestrować po przybyciu i wypełnić niezbędne dokumenty. Nie jest to procedura ani długa, ani w żaden sposób nieprzyjemna. Pracujący tam urzędnicy nie są Polakami, więc są całkiem sympatyczni i usłużni. Zabawa polega na tym, że trzeba wypełnić odpowiedni druczek, standard, a potem trzeba przedyskutować go z osobą prowadzącą rejestrację. No i się zaczęło.

Oboje niby znaliśmy angielski, ale znaliśmy go na piśmie.

Jakiekolwiek próby mówienia czy szybkiego zrozumienia wygłaszanych bezpośrednio do nas kwestii kończyły się po prostu małą tragedią i ogólnym niezrozumieniem. Kasia siedziała cicho i patrzyła swoimi wielkimi oczętami, a ja coś tam dukałem. Panie chyba były przyzwyczajone do takich zabaw, bo patrzyły na nas jak na kolejnych kandydatów do szorowania kibli, ale robiły to w sposób sympatyczny. Spoglądały jak na nie za mądre zwierzątka, które chce się przytulić i pomóc im w powrocie do norki. Było to żenujące, ale jakoś pozbyliśmy się pierwszego wstydu i po wielu trudach dogadaliśmy się z paniami urzędniczkami.

Muszę wam powiedzieć, że w naszych szkołach w ogóle nie stawia się na mówienie. Jest to gigantyczny problem, ponieważ w realnym życiu znacznie mniej robi się na papierze, a znacznie więcej prowadzi się po prostu zwykłych rozmów z ludźmi. Na szczęście przez pierwsze trzy lata ani Kasia, ani ja nie mieliśmy pracy, w której trzeba by było bezpośrednio komunikować się z ludźmi. Gdybyśmy trafili na coś takiego, byłaby pewnie kompromitacja na całej linii. Teraz, po latach już siedmiu, cały czas jeszcze bardzo nam jest daleko do rozmawiania w jakimś cywilizowanym wydaniu języka angielskiego, ale myślę, że amerykanów pod względem lingwistycznym już dogoniliśmy. Czasami tylko trzeba zapytać o słówko.