Zdrowie Życie

Jeśli jestem tym co jem, to jestem…

No właśnie, ostatnimi czasy panuje moda na zdrowy styl życia. Na tę chwilę ciężko jest określić czy to chwilowy wybryk, czy też długodystansowe zjawisko. Skąd ta popularność? Tu, jak w większości przypadków promowania stylu życia, dużą rolę odgrywają media, portale społecznościowe, bowiem celebrytami nie są już tylko wielkoformatowe gwiazdy muzyki, seriali, ale coraz częściej, są to samozwańczy trenerzy indywidualni.

Metody, polecane przez nich ćwiczeń budzą coraz więcej kontrowersji, bowiem często nastawione są na intensywne spalanie, a więc redukcję tkanki tłuszczowej. Niemniej, nie mówi się o tym, że nie są to ćwiczenia dla każdego. W związku z ich intensywnością, obciążają stawy, w konsekwencji mogą spowodować wiele kontuzji. Niemniej, niepodważalne jest to, iż ruch jest nieodłącznym elementem zdrowego stylu życia, jednak warto przepłacać utratę kilka kilogramów, zdrowiem, kosztownymi zabiegami i długotrwałą rekonwalescencją?

Współcześnie, można znaleźć ogromną ilość alternatyw do wirtualnych ćwiczeń. Tłumaczenie, że mieszkam w małej wsi, nie mam czasu jest właściwie bezpodstawne, bowiem nawet w najmniejszych miejscowościach prowadzone są zajęcia fitness. Z doświadczenia wiem, że by utrzymać się w dobrej form ie nie potrzeba morderczych ćwiczeń, oczywiście jest wiele czynników wpływających na organizm, niemniej ważna jest jakakolwiek forma ruchu. Reasumując z tą ślepą modą, wiąże się kilka absurdalnych sytuacji. Mianowicie, zauważyłam, że wiele osób po intensywnym treningu wybiera się na burgera, popija zimnym piwkiem, na deser w porze kolacji sernik bądź szarlotka z małą porcją lodów (bo przecież jestem na diecie). Rozumiem, spalanie jeszcze się nie zakończyło, ale to nie znaczy, że mam opychać się jak ta trzódka? Równie drażniącą mnie kwestią jest „co” my Polacy jemy. Mamy tyle możliwości, ograniczamy się jedynie do szybkiego żarcia. Ogólnie rzecz biorąc, nie ma nic złego w burgerze, soczysta, wysmażona wołowina. Świeże warzywa, bogate w witaminy i minerały. No i oczywiście krupiąca bułka i sos na bazie jogurtu pełnego wapnia. Marzenia. Jemy byle co i byle gdzie. Jednak czy to wina restauratorów? Chyba nie, problem tkwi w narodowej tendencji, skłonności do bylejakości. Nie zdajemy sobie sprawy, że dobre jedzenie to nie tylko smak ale i wygląd. To nie tylko rozkosz dla podniebienia, zmysłów, to także wbrew pozorom niewielki wydatek. Wystarczy trochę chęci, odrobinę fantazji.